wtorek, 9 lutego 2016

"Eliksir" (rysanaszkle)

rysanaszkle
Eileen używała tego już wcześniej. Tym razem, w garażu na przedmieściach Londynu, nie była szczególnie zaskoczona. Towarzyszący jej koledzy podchodzili jednak do sprawy dosyć nieufnie. Twarz Louisa przybrała barwę świeżo zakrwawionego śniegu, co miało być wyrazem najwyższego stadium zawstydzenia.
- Rodzice zawsze zabraniali mi się do tego nawet zbliżać – wydukał na początku ceremonii, ale od tego momentu siedział już cicho.
Niezdecydowany James usadowił się nieco z tyłu – on też od najmłodszych lat słyszał, że zawartość stojącej przed nimi butelki jest zła – i w pełnym skupieniu podziwiał klepki w podłodze.
- Cam, dlaczego one są takie nierówne? – Dopytywał celem odwrócenia uwagi ogółu, aż nagle, po dekadzie przyjaźni z ich właścicielem, faktycznie zaczęło go to intrygować.
Tak czy inaczej, obaj z Louisem sceptycznie podchodzili do pomysłu odkręcenia zakrętki, nie wspominając już próbowaniu tego, co się pod nią znajdowało. Cameron jakoś nie miał obiekcji, aczkolwiek przyglądał się z dużą dozą niepewności stojącej na stole miksturze.
- Bo ja wiem… – odezwał się w końcu. – Spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego. Eileen, jesteś pewna?
- Całkowicie. W moim kraju to był zawsze najpewniejszy środek. Zresztą nasz irlandzki odpowiednik jest znany na całym świecie, nawet Amerykanie go sprowadzają.
- Amerykanie nie są dla mnie żadnym autorytetem – burknął, urażony nie tyle nawiązaniem do wzgardzonej przez niego nacji, co podejrzeniem, że doświadczenie Eileen w tej sprawie może być większe, niż dotąd myślał. – A ty to… no, często?
- Co często?
- Często to robiłaś?
Przerażenie nieustraszonego Camerona jawnie rozbawiło dziewczynę.
- Regularnie, przy każdej możliwej okazji. A uwierz, Irlandczycy mają ich wiele.
Spojrzał na nią nienawistnie.
- Zdajesz sobie sprawę, jak mnie irytuje ta cała szopka z uczuciami.
- A skąd miałam o tym wtedy wiedzieć? Poza tym, nie chciałbyś zobaczyć, jak to działa?
- Na pewno nie tak desperacko, żebym ryzykował przekonaniem się na własnej skórze, że owszem, działa i to doskonale.
- Carpe diem, Cameronie – Eileen uśmiechnęła się w nadziei, iż poprawi mu humor. Nie miała ochoty na kłótnie, a krystaliczny płyn kusił ją samym swym istnieniem.
- Louis, ty pierwszy – ponagliła, mając pełną świadomość, kogo najłatwiej będzie namówić.
Dłuższą chwilę trwało, nim Louis zdołał wyprzeć ze swego umysłu odpowiednią ilość ckliwych przemyśleń, by zrobić tam miejsce na cokolwiek innego, które w tym wypadku oznaczało rozważenie wszystkich „za” i „przeciw”.
- Ale mama nie  pozwala – mruczał pod nosem, wyraźnie rozdarty. – I mamy tylko piętnaście lat… Mogę od tego umrzeć. Chociaż z drugiej strony ufam moim przyjaciołom, raczej nie pozwolą zrobić mi krzywdy…
Cameron, poza wrodzoną ciekawością świata, nie dostrzegał powodów przemawiających za degustacją. Wciąż łypał złowieszczo w stronę małego stolika. Raz po raz chrząkał, jakby przygotowując się do wygłoszenia bogato upstrzonej niecenzuralnym słownictwem filipiki pod adresem Eileen.
- Co wam strzeliło do tych dublińskich czerepów, że wpadliście na pomysł produkowania eliksiru miłości i sprzedawania go hurtowo w supermarketach?
W obliczu wydarzeń minionych tygodni domniemane istnienie magicznych napojów naprawdę nie powinno go dziwić.
To, że siedziała przed nim banshee skonstruowana z krwi, kości i sporej ilości uporu był w stanie zrozumieć. Polującą na nią sektę druidów również. Śmiem przypuszczać, że nawet pojawienie się leprechauna z garnkiem złota byłby skłonny uznać za naturalne, ale eliksir miłości? Absolutnie. W naturze takie ciecze zamieszkują arcydzieła przemysłu szklarskiego, a nie zwyczajne butelki rodem ze skupu, zatem coś musiało się ewidentnie nie zgadzać.
- Kojarzysz te ozdobne flakoniki z czerwonymi różami albo innym zielskiem? – Próbował niestrudzenie. – Nie sądzisz, że czarodziejskie mikstury powinny być przechowywane w czymś takim?
- Moja mama używała ich raczej na oliwę i ocet. I przestań się czepiać Irlandii, Cam. Ten akurat sprowadzają ze Wschodu, od mistrzów nad mistrzami. Polacy to w porównaniu z nami prawdziwi koneserzy. Na szeroką skalę, z pełnym poświęceniem zajmują się badaniem skutków eliksiru.
Nie chciała dodawać, że bywały one tragiczne.
- Może nam się od tego stać coś złego? – James sam się domyślił.
Nie, chciała odpowiedzieć. No przecież nie, naprawdę.
- Nie powinno – zaryzykowała.
- Eileen, dlaczego tego używałaś?
James chwilowo otrząsnął się z permanentnego struchlenia, robiąc miejsce na szczerą trwogę. Z głośnym westchnieniem Eileen wypuściła powietrze. W tym momencie czuła się jak jedyny mężczyzna w tym gronie, co świadczyło o jej przyjaciołach naprawdę źle.
- Bo byłam ciekawa, jasne? Zachowujecie się jak trwożliwe wiktoriańskie panny.
Louis, chwilowo zaabsorbowany podziwianiem przejrzystego płynu w butelce, usłyszawszy słowo klucz ochoczo pokiwał głową.
- Panien też nam trzeba, bez panien nie ma miłości!
Cameron zgromił go wzrokiem. Odbierał tę sytuację jako farsę dla oszołomów o wyższym stopniu wtajemniczenia. Po co zaśmiecać serce myśleniem o uczuciach, skoro oczywiste jest, że wtedy przestają pracować wszystkie inne narządy? Taki na przykład mózg? I w ogóle, co ludziom z tego przyjdzie? Jakby to szaleństwo nie dość skutecznie szerzyło się w samoistnie, im zamarzyło się jeszcze wlewać je do żołądków w skondensowanej postaci…
Z drugiej strony, Eileen miała nadprzyrodzone umiejętności. To samo w sobie dość niesamowite, a skoro niesamowite, to dla Camerona idealne. Znała świat mitów i legend, pokazywała mu rzeczy, o których przeciętnym mieszkańcom angielskiej stolicy nawet się nie śniło. I postawiła przed nim eliksir.
„Masz, wypij to. Ma magiczne właściwości, poczujesz się dobrze, zobaczysz” powiedziała. Mówiła też, że będą dzięki niemu bardziej otwarci na ludzi, skłonni do szczerych wyznań, a przede wszystkim odważni. Przebiegła bestia, doskonale wiedziała, jak trudno mu będzie się oprzeć.
Jego ręka sama sięgnęła w stronę stołu.
Cameron sprawnym ruchem otworzył butelkę i skrzywił się nieznacznie, przełknąwszy pierwszy w swoim życiu łyk Wyborowej.

O autorze

rysanaszkle / Twórcy bloga

Niziołek. Trzpiotka. Koala. Grzesznik. Thinker. Rysanaszkle. Mleko. I koledzy.

3 komentarze:

  1. Konta nie ma, ale komentarz jest
    Właściciel pozdrawia ��
    Ps. CUDNE *.*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak wiem, że to od Ciebie, Julieta ^^
      Dziękuję, za to, jak mnie wspierasz i dopytujesz o kolejne teksty haha
      Następnym razem (no, kiedyś tam przy okazji) obiecuję koty, duużo kotów c:
      Twój Apollo

      Usuń
  2. Jejuś, świetne����

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.