Nie dali mi miecza.
Wysłali mnie na pole bitwy, ubrali w
zbroje i posadzili na koniu, ale nie dali mi tego pieprzonego miecza.
Nie mam jak uciekać, otacza mnie mur,
przez który nie przejdą żadne stopy, żadne połączenia. Napieram
więc na tłum. Tłum, który ma oznaczać moje samobójstwo.
Rozglądam się za kimś w podobnej sytuacji, ale na próżno;
wszyscy są uzbrojeni. Powietrze przebija ostry zapach potu i
metaliczny zapach krwi. Widzę ostrza, mnóstwo ostrzy. Tak, jakby
wszystkie w jednej chwili zwrócone zostały w moją stronę. Ale ja
przecież nie mam jak się bronić.
Zasłaniam dłońmi rozwarcie między
hełmem, a resztą zbroi. Pierwszy miecz uderza i odbija się od
blachy, ale drugi trafia mojego konia, który pada na ziemię z
hukiem, omal nie przygniatając mojego ciała. Podnoszę się z ziemi
i żałośnie zakrywam twarz dłońmi, tym samym odkrywając większą
część karku. I wtedy czuję pierwszy cios na skórze.
To mnie zabije, myślę, ale nie
dzieje się nic. Odwracam się, żeby spojrzeć na rycerza, na mojego
wroga, ale pod hełmem rozpoznaję jedynie oczy mojej mamy. Zdejmuję
rękawicę i oszołomiona dotykam karku. Na moich palcach zostaje
plama z krwi, ale nie czuję bólu. Czuję jedynie, że ktoś tępo
okłada moje plecy czymś, co bardziej przypomina sztylet, niż
miecz. Znowu poznaję tylko oczy feralnego wojownika, tym samym oczy
mojej siostry.
Co jest?, myślę, Dlaczego moja
rodzina nie jest w armii ze mną?
Odsuwam się na kilka kroków,
starając się mieć oczy dookoła głowy, ale nagle, jak spod ziemi,
wyrasta przede mną umięśniony koń, a na jego grzbiecie siedzą
dwie osoby. J i M. Przyjechali mnie ratować, od razu wiem, zabiorą
mnie stąd, albo przynajmniej dadzą mi miecz. Wyciągam w ich stronę
obie dłonie, bezradnie, jak dziecko, zbyt małe, by samodzielnie
wdrapać się na ramiona matki. Ale oni, nawet nie drgnąwszy, gapią
się na mnie beznamiętnie.
Pomóżcie mi, krzyczę, czując, jak
coś wbija mi się w szyję. Po fakturze przedmiotu, który przebił
mi skórę, wnioskuję, że był to pewnie sztylet, lub nóż.
Ciepła, gęsta krew wpływa pod blachy i oblepia moje ramię i
łokieć. J, widząc to, waha się, czy nie podać mi ręki, ale M
przytrzymuje ją stanowczo.
Błagam, głos mi się załamuje. Wiem
już jednak, do czego zmierza ich przybycie. Oni też mają miecze.
Wszyscy dookoła mnie je mają. Miecze, noże, strzały. Moja
rodzina, moi przyjaciele, M, K, D, a nawet Z. E i L. Szpady, kusze i
armaty. Łuki, buzdygany, kopie, sztylety, włócznie i
morgenszterny.
A ja mam porysowaną zbroję i
zdechłego wałacha, już dawno pewnie wdeptanego w podłoże.
To D wykonuje pierwszy, zdecydowany
atak. Jego kropacz uderza mnie w bok, a jeden z gwoździ wędruje
prosto między żebra. Auć.
Inni, widząc to posunięcie, chyba
nabierają odwagi. K zbliża się o krok, ale nadal stoi stosunkowo
daleko. Mogłam się jedynie domyślić, że to, co wyszeptały jego
odsłonięte usta było jego ulubionym słowem. „Przepraszam”.
Jedna z jego strzał trafia mnie w szyję, precyzyjnie, tuż ponad
miejscem, gdzie tkwi jeszcze zakrwawiony sztylet.
Zbroja jest ciasna, więc zaczynam ją
zdejmować. Z, stojąca najbliżej, pomaga mi w tym. Gdy tylko cofa
się o krok, stojąca spory kawałek za nią E wystrzela z kuszy,
celując prosto w mój obnażony już brzuch. Auć, ponownie.
Każdy wykonuje zazwyczaj po jednym,
dwóch ruchach, ale moje ciało i tak pokryte jest krwią, a
powbijane w nie strzały blokują kolejne jej strumienie.
Kiedy w końcu to M podnosi rękę,
coś się zmienia. J łapie jego miecz i kopniakiem zrzuca go z
konia. Wszystkie oczy zwracają się w jej stronę. Upuszcza broń,
jednak po chwili z kieszeni przy siodle wyciąga nóż, a ja jestem
pewna, że wyląduje on zaraz na mojej skroni. Ona jednak bierze
zamach i rzuca nim prosto w odkrytą krtań D. Chłopak nie daje rady
nawet krzyknąć. Po prostu osuwa się na ziemię. Dopiero następny
nóż z jej ręki przebija moją skroń, ale gdy to robi, M podnosi
się i godzi J podniesionym z ziemi mieczem. Dziewczyna pada. Moja
siostra złapie ją jednak, gdy ta opada na ziemię z grzbietu konia,
a ktoś, kogo twarzy nawet nie daję rady rozpoznać, jednym ruchem
włóczni przebija na wylot klatkę piersiową jej zabójcy.
Nie rozumiem niczego. Wszyscy
zaczynają się zabijać. Wszyscy faktycznie się biją, faktycznie
umierają. Stoję na środku, zdezorientowana, patrząc, jak mój był
zabija moją matkę, a mój ojciec kolegę z klasy. Dookoła tryska
krew,a ja zaczynam wycofywać się powoli. Przeskakuję nad ciałami
i mijam walczące na miecze pary, a im dalej od środka pola jestem,
tym mniej twarzy rozpoznaję.
Kiedy ta masakra zaczyna się
rozrzedzać, przyspieszam. Na początku jest to po prostu pewny chód,
ale po krótszej chwili już biegnę.
Mur zniknął. Odgłosy metalu
uderzającego o metal są już daleko za mną, jednak nadal dźwięczą,
obijając się echem o moją czaszkę. Ustaję dopiero, gdy te
zupełnie cichną. Staję na wzgórzu, próbując złapać oddech.
A w dole, daleko pod moimi stopami,
wszyscy zabijają się z dumą, w moje imię.
0 komentarze:
Prześlij komentarz